logo1 logo2

Larry Martin, "Pochwycenie"

Bądźcie gotowi, Jezus wkrótce nadchodzi!

Wydaje się czasem, że istnieje w Kościele pewna reguła, która nakazuje mu być ciągle miotanym przez cykle chwilowych trendów. Jednym z ostatnich, który stał się problemem w kręgach zielonoświątkowych i charyzmatycznych, jest eschatologia, która usiłuje postawić tradycyjne przekonania na głowie. Przez niektórych współczesnych nowomyślicieli księga Objawienia (która zresztą stanowiła fundament wyjaśniania proroctw) nie jest nawet uważana za księgę prorocką. Według takich interpretatorów nic lub mało co z tej księgi może być rozumiane dosłownie.

Ta nowa myśl wygląda podobnie do starego amilenializmu odrzuconego przez naszych zielonoświątkowych ojców. Niektórzy z propagatorów tego poglądu zaprzeczają temu, że ma nastać ucisk. Inni twierdzą, że nie będzie dosłownego Tysiącletniego Królestwa. Powszechnie jednak ta nowa eschatologia neguje pochwycenie Kościoła. Tradycyjny pogląd mówiący, że Jezus powróci na niebiosach i pochwyci swój Kościół, to obszar najcięższej bitwy w tej teologicznej wojnie. Idea pochwycenia jest atakowana i ostro łajana.

Muszę się z tym stanowczo nie zgodzić. Ja wierzę w pochwycenie.

Po pierwsze pozwólcie mi powiedzieć, że mam przyjaciół, którzy w pochwycenie nie wierzą. Wciąż są oni moimi przyjaciółmi. Mam przyjaciół, którzy wierzą w nieutracalność zbawienia. Trudno mi się bardziej z nimi nie zgadzać, ale wciąż są oni moimi przyjaciółmi. Dobrzy i szczerzy ludzie mogą się ze sobą nie zgadzać. Miałem ciotkę, która była przekonana, że Ziemia jest kwadratowa. Nie dało się jej przekonać do innego stanowiska. W jakiż inny sposób anioł mógłby stać na czterech krańcach (ang. rogach) świata? A te zdjęcia Ziemi zrobione z kosmosu? Sfabrykowane, co do jednego. Ludzie na księżycu? Nigdy w życiu. Ci ludzie byli gdzieś na pustyni i tam robili te zdjęcia.

Niech Bóg ją błogosławi; bardzo się rozmijała z rzeczywistością, ale i tak ją kochałem – tak jak i Pan. Ona jest teraz z Nim i mogę mieć jedynie nadzieję, że On wyprostuje jej przekonanie o kształcie naszej planety. Chodzi o to, że nie musimy się we wszystkim zgadzać, żeby być przyjaciółmi – albo chrześcijanami.

Z drugiej strony nie możemy pozwolić, żeby przyjaźnie powstrzymywały nas od bronienia ortodoksji. Mając to na uwadze pozwólcie mi powiedzieć, że ci, którzy negują pochwycenie, błądzą na wielu płaszczyznach.

Po pierwsze, nie mają racji pod względem teologicznym. Biblia jasno naucza o pochwyceniu. Apostoł Paweł odsłaniał nam tę tajemnicę w 15. rozdziale 1 Listu do Koryntian. W 1 Liście do Tesaloniczan 4 z kolei przekazał nam słowo od Pana, które w oczywisty sposób zawiera w sobie obietnicę porwania Kościoła. Gruntowna teologiczna obrona pochwycenia wykracza poza cele tego krótkiego artykułu, ale jestem przekonany, że uczciwe przebadanie Pism potwierdzi, że Jezus powróci po Kościół.

Po drugie, oponenci pochwycenia mylą się, kiedy mówią, że pochwycenie nie może nastąpić, ponieważ ojcowie Kościoła o tym nie nauczali. Pochwycenia naucza się zaledwie od stu kilku lat – argumentują - nie może więc być to teologicznie uzasadnione. Podstawą naszej zielonoświątkowej wiary nigdy jednak nie była tradycja Kościoła, a uczciwe badanie Pism. Pomyślcie o tym. Gdybyśmy wierzyli i nauczali tylko tego, w co wierzyli i czego nauczali Wesley, Luter i inni, nie moglibyśmy uwierzyć w chrzest Duchem Świętym i znak daru języków. Pomimo tego, że niektórzy zielonoświątkowi historycy posunęli się tak daleko, że zrobili ludzi mówiących językami z reformatorów i przebudzeniowców, postacie te nie przyjęły wtedy ani raczej nie przyjęłyby teraz „teologii zielonoświątkowej”.

Nie chcę przez to powiedzieć, że pochwycenie albo zielonoświątkowy chrzest to jakieś nowe objawienia. Taką dziecinadę zostawmy Joseph'owi Smith'owi i jemu podobnym sekciarzom. Bóg jednak z pewnością może wydobyć z zapomnienia biblijną prawdę, którą Kościół zagubił setki lat wcześniej. Bóg może to czynić i czyni!

Ci, którzy przeczą pochwyceniu błądzą również w swoim rozumieniu skutków tej doktryny w Kościele. Słyszałem kiedyś ludzi, którzy wyśmiewali tych, którzy wierzą w pochwycenie jako sentymentalistów, siedzących i śpiewających „Polecę do nieba” a jednocześnie próżnujących w swym oczekiwaniu na przyjście Pańskie. Nic bardziej dalekiego od rzeczywistości! Żadna inna doktryna czy doświadczenie nie motywowało Kościoła do ewangelizacji i działalności misyjnej bardziej niż wiara w rychłe pochwycenie Kościoła. Nic bardziej od tego nie motywowało Kościoła do dyscypliny i świętego życia. Wczesny ruch zielonoświątkowy rozprzestrzeniał się po świecie jak nieokiełznany ogień, kiedy święci gotowi na pochwycenie usiłowali przynieść Panu ostatnie plony żniw przed Jego przyjściem. Można by raczej stwierdzić, że to właśnie dzisiejsi amilenialiści robią niewiele lub nic, żeby zewangelizować ginących.

W końcu, oponenci pochwycenia mylą się myśląc, że walka o ich doktrynę jest grą wartą świeczki. Krucjata przeciwko pochwyceniu w dzisiejszym Kościele nie ma sensu. Swoją drogą, kto w nie wciąż wierzy? Jasne, jest to część nauki, ale czy jest to część kościelnych działań? Jak wiele kościołów śpiewa o pochwyceniu? Jak wiele głosi się o tym kazań? Jak dawno temu w twoim zborze można było usłyszeć interpretację języków albo prorocką wyrocznię o przyjściu Pana? Kto dzisiaj żyje patrząc w Niebo? Dzisiejszy ruch zielonoświątkowy jest mniej świadomy pochwycenia niż kiedykolwiek w historii. Nasze „przyjazne człowiekowi”, realizujące różne programy kościoły są zbyt pochłonięte pieśniami w stylu „la-la-la-jest-mi-dobrze” oraz kazaniami o tym, jak się zaraz lepiej poczuć, żeby zamartwiać ludzi nadzieją nieba albo (nie daj Boże!) strachem przed piekłem.

Być może więc zamiast poddawania w wątpliwość, negowania czy ignorowania doktryny pochwycenia, Kościół powinien w pełni przyjąć tę tradycyjną biblijną prawdę. Może powinniśmy znów o niej śpiewać. Znowu ją głosić. Może powinniśmy nawet stworzyć na nabożeństwach miejsce na duchowe wyrocznie o niej. Być może obawa przed nagłym i nieoczekiwanym spojrzeniem w twarz Świętego Boga roznieciłaby ogień pod dzisiejszym letnim Kościołem. Może, być może ogień ten by nas oczyścił, przekonał i wysłał do żyjących wokół ludzi albo wręcz całego świata, głoszących Dobrą Nowinę, „Bądźcie gotowi, Jezus wkrótce nadchodzi!”.